Biały dom

KOCHANA CÓRCIU!

Doskonale wiem, że próbujesz o mnie zapomnieć. Skrzywdziłam Cię bardzo, jednak mam ostatnią prośbę do Ciebie. Chciałabym, abyś  odwiedziła nasz dom. Czuję, że on już nie przetrwa tej zimy, a być może ta wizyta sprawi, że mi wybaczysz. Że nauczysz się żyć normalnie i nie będziesz o mnie źle myśleć. Podobno o zmarłych się źle nie mówi. Wyobrażam sobie, co musiałaś ze mną przejść. Chociaż w sumie nie… Nie wyobrażam. Tylko Ty wiesz ile przykrości Ci sprawiłam, ile siarczystych uderzeń w policzek Ci wymierzyłam, ile razy dostałaś paskiem po plecach.

Tego się nie da wybaczyć. Chociaż tak bardzo bym chciała, abyś to zrobiła. Ten list napisałam tuż przed moją śmiercią. Poprosiłam sąsiadkę, aby go wysłała do Ciebie dopiero jak zauważy, że nasz dom się pomału zawala. Tak czułam, że nie będziesz chciała w nim mieszkać. Uciekłaś ode mnie od razu jak tylko uzyskałaś pełnoletność. Wiem, że od czasu do czasu odwiedzałaś tylko panią Stasię. Było mi przykro jak widziałam przez okno jak przechodziłaś chodnikiem pod furtką i nawet nie spojrzałaś w moją stronę. Stanisławie do swych ostatnich dni cały czas dziękowałam za to, że się Tobą opiekowała, gdy ja wolałam pić z „przyjaciółką” wódkę, którą z czasem zastąpił denaturat. Nie wiesz jak to jest się staczać i nie panować nad własnym życiem. Nie wiesz jak to jest obwiniać własną córkę o to, że to ona zniszczyła Tobie życie.

Nie planowałam Cię. Byłaś wpadką. Zaszłam w ciążę w wieku 17 lat. Rodzicie nie chcieli mi pomóc, wyrzucili mnie z domu. Twój ojciec powiedział, że nie chce mieć z nami nic wspólnego. W końcu byłam tylko zabawką. Co na to wszystko powiedziałaby jego żona? Jej pieniądze i firma były ważniejsze od nas. Twoi dziadkowie odwiedzili nas w szpitalu zaraz po Twoich narodzinach i pozwolili wrócić do domu. Pokochali Cię od razu z całego serca. Dali Tobie to, czego nie potrafiłam ja. Niestety dwa lata po Twoich narodzinach zginęli w wypadku samochodowym. Straciłaś ich, zanim zdążyłaś dobrze poznać. Pozostał nam po nich dom i  zdjęcia.

Od małego się mnie bałaś. Zawsze byłam dla Ciebie surowa. Tłumaczyłam to sobie tym, że to dla Twojego dobra. Nie chciałam, żebyś wyrosła na mazgaja, tylko żebyś twardo stąpała po ziemi i umiała sobie poradzić w życiu. I jak widać doskonale sobie poradziłaś. Jednak wiem, że to nie jest zasługa mojego wychowania, a tego, że ze wszystkich sił starałaś się mnie unikać i znikać z oczu na długie godziny, zwłaszcza jak zamroczona procentami leżałam na wersalce. Wielokrotnie byłaś zmuszona sama o siebie zadbać, inaczej całymi dniami chodziłabyś głodna. Nie wiem, dlaczego mnie wtedy kryłaś, że opieka się nami nie zaopiekowała. Najwidoczniej wolałaś być ze mną w tym budynku, którego nie nazwałaś nigdy domem niż w bidulu.

Ale do sedna… O ile w ogóle przeczytałaś moje powyższe słowa. Wejdź proszę do domu i się tam rozejrzyj. Twoje biurko zostawiłam nienaruszone od momentu jak wyszłaś z domu i już nigdy nie wróciłaś. Bałam się wtedy o Ciebie. Nigdy nie znikałaś na tak długo, jednak dopiero po czasie dotarło do mnie, że odeszłaś na zawsze. Ode mnie. Od kobiety, której nawet największemu wrogowi nie życzyłabyś, aby była jego matką. Pani Stasia potwierdziła moje przypuszczenia. Odmieniło mnie to, naprawdę. Teraz mi nie wierzysz, ale przekonasz się o tym jak zerkniesz na wnętrze domu. Na swój słomiany kapelusz, który nosiłaś latem chodząc na zarobek do pana Władka w pole. Cały czas powinien leżeć na Twoim biurku na stosie zeszytów. W przechodnim pokoju zostawiłam na ławie tę żółtą lampę, która tak się Tobie zawsze podobała, a według mnie szpeciła wnętrze. W szafie do dzisiaj wiszą Twoje ubrania. Nie wyrzuciłam ich. Cicho, w głębi duszy liczyłam na to, że jeszcze wrócisz. W pokoju obok kuchni powinna nadal stać kosiarka, z którą chodziłaś po sąsiadach, aby zarobić parę groszy. Może w ten sposób pokażę Ci, że żałuję. Naprawdę tak mocno żałuję tego, co się stało. Mam nadzieję, że teraz po mojej śmierci mi wybaczysz.

Uwierz mi! Gdybym mogła cofnęłabym czas do Twoich narodzin i wszystko zrobiła inaczej.

Twoja mama.

PS. W komodzie w pokoju, który służył mi i „przyjaciółce” za miejsce do picia leżą wszystkie laurki, wysuszone liście i kwiatki, które od Ciebie dostawałam. Ty mi je mimo wszystko zawsze dawałaś, a ja ich nigdy nie wyrzucałam. To była moja mała namiastka Ciebie. Jestem Ci niezmiernie wdzięczna, że próbowałaś ze mnie zrobić normalną matkę, szkoda, że zrozumiałam to dopiero jak Ciebie straciłam.