Drewniana chatka

PIERWSZE PORZUCENIE

Siedzę w domu sam. Wszyscy odeszli i zostawili mnie w tych czterech ścianach. Najpierw odszedł syn. Twierdził, że jestem zbyt toksyczny i próbuję go cały czas kontrolować. Chciałem, aby zawsze robił wszystko po mojej myśli, aby mówił mi gdzie i z kim się spotyka. Próbowałem mu wybierać znajomych, aż z czasem przestał całkowicie mi o nich mówić. Chyba chciał mnie od nich odseparować. Wstyd mu za mnie było? Zawsze wszystkich krytykowałem i uważałem, że nie są godni jego znajomości. Stać go było na kogoś lepszego niż tych obdartusów z sąsiedztwa. W końcu nie wytrzymał i odszedł w nocy. Musiał mieć wcześniej wszystko zaplanowane, bo nawet nie słyszeliśmy z żoną, aby się pakował przed wyjściem. Po prostu wstał z łóżka, nawet go nie zaścielił i zniknął. Może pomógł mu któryś z tych jego koleżków? Ja się tego nigdy nie dowiem, bo ze mną od tamtej pory nie zamienił ani słowa, a matce zabronił mówić, co u niego słychać.

DRUGIE PORZUCENIE

Moja Stasia wytrzymała ze mną tylko rok dłużej od syna. Nie zniosła kolejnego upokorzenia. Uderzyłem ją przy jej koleżance. Wiecie jaki był powód tym razem, że podniosłem na nią rękę? Za późno podała mi obiad.

Odwróciła się przez to ode mnie cała rodzina. Żona nigdy im się na mnie nie skarżyła, ale kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Nie miała gdzie się podziać, więc musiała im wytłumaczyć co się dzieje, aby móc znaleźć schronienie na kilka dni. Przyjęła ją moja siostra, powiedziała, że pomoże jej się ode mnie uwolnić. Jej rodzice jej nie uwierzyli, a nawet jeżeli, to twierdzili, że żona nigdy nie powinna odejść od męża. Mieli rację. W końcu ślubowała na dobre i złe być przy mnie. W takim razie czym była dla niej przysięga małżeńska? Regułką? Wierszykiem wypowiedzianym w obecności gości? Dwadzieścia lat temu być może wierzyła w te słowa. Najwidoczniej w końcu musiała się przelać czara goryczy.

WYRZUTY SUMIENIA…

Dopiero teraz do mnie dotarło jak bardzo ją skrzywdziłem. Przymykała oko na moje zdrady i zabawy z koleżankami z pracy, czy z kelnerkami z baru, w którym przesiadywałem. Udawała, że tego nie widzi. Mi to oczywiście było na rękę. Ona nie pytała, ja nie musiałem odpowiadać i kłamać. Bo po co? Miałem jej wprost powiedzieć, że się do niczego nie nadaje? Ani obiadu dobrego nie zrobi, ani dziecka dobrze nie wychowała, że uciekło, ani nie potrafi zadowolić człowieka po ciężkiej pracy. Nawet nie zauważyłem, kiedy przestała spać ze mną w jednym łóżku. Oczywiście mi to w niczym nie przeszkadzało. Miałem potrzebę to szedłem do niej do drugiego pokoju. Nie przejmowałem się tym, że się często źle czuła. Zrobiłem swoje i usypiałem obok niej. Nigdy nie słyszałem, żeby płakała. Była taka twarda, czy łzy jej leciały jak mnie nie było?

Teraz myślenie o tym nic mi nie da. Nie mam nic. Nawet własnego domu. Przez picie straciłem robotę. Koledzy się ode mnie odwrócili jak przestałem im stawiać wódkę. Za co to miałem robić, skoro sam nie miałem dla siebie? Oni oczywiście zapomnieli o mnie i nigdy nie zapytali, czy potrzebne mi jakieś pieniądze. Za długi straciłem dom i musiałem się przeprowadzić do tej małej drewnianej klitki, w której były tylko dwa pomieszczenia. W sumie dla mnie jednego wystarczające. Po co mi więcej, skoro mnie nikt nie odwiedzał? Syn mnie nie chce znać, żona po rozwodzie poznała innego mężczyznę, a koledzy… Ehh… O nich już mówiłem i nie ma co się powtarzać. Sam sobie na to wszystko zapracowałem.

TO KONIEC.

Nie piję. Pracuję. Wziąłem się za siebie. Ale i tak sięgnąłem dna, z którego już nigdy się nie podniosę.