Hotel z restauracją

MARTWY SEZON

W ciągu każdego roku przez kilka miesięcy w hotelach w miejscowościach typowo turystycznych następuje martwy sezon. Gości jest zdecydowanie mniej, nawet ruch w restauracjach maleje. Agnieszka doskonale zdawała sobie sprawę, że taka jest kolej rzeczy. W okresie wakacyjnym interes powinien kręcić się bez zarzutu, zimą zawsze było gorzej. Ale teraz jest wręcz tragicznie. Góry mają to do siebie, że turyści przyjeżdżają w nie cały rok, jak nie zimą na narty, to wiosną, latem, czy jesienią, aby wyjść na szlak.  Jednak hotel Agnieszki stoi jakby zapomniany przez wszystkich.

Niestety właścicielka od dwóch lat narzeka na brak zainteresowania noclegiem w jej hoteliku. Aby ciąć koszty wynajęła swoje mieszkanie, a sama zajęła jeden pokój w hotelu. Dwa razy redukowała już etaty, zwolniła jednego kelnera i recepcjonistkę. Jak tak dalej pójdzie to będzie musiała zrezygnować z dziewczyny, która sprzątała pokoje. Sama będzie musiała zająć jej miejsce. I tak z nadzieją, że nagle ktoś się pojawi codziennie przecierała w pokojach kurze. Nie chciała, żeby nawet ten jeden, jedyny gość wystawił jej negatywną opinię. Nie mogła sobie na to pozwolić, bo z każdym miesiącem coraz więcej dokładała do interesu, niż zarabiała. Agnieszka nie wiedziała już, skąd weźmie pieniądze na kolejne pensje dla pracowników. Kucharz czasami przebąkiwał, że chyba czas najwyższy jest poszukać sobie innej pracy. Sugerował również szefowej, że najlepiej będzie zamknąć hotel wraz z restauracją, odświeżyć pokoje i spróbować dogadać się z biurami podróży, aby podpisać umowę pod kolonie z dziećmi. Aga nie miała nic przeciwko temu. Jednak jej trochę bierna postawa i czekanie, aż klienci przyjadą sami sprawiają, że pod drzwi budynku nie podchodzi nawet pies z kulawą nogą.

POCHYŁA LINIA W DÓŁ

Mijały miesiące, a w hotelu nic się nie zmieniało. Kucharz już nie mógł dłużej czekać, aż Agnieszka coś zrobi. Od trzech miesięcy nie otrzymał wynagrodzenia za swoją pracę. Zwolnił się. W jego ślady poszedł barman, pomocnica kucharza i kelnerka. Właścicielka została zupełnie sama ze swoim przybytkiem.

Na początku zamknęła restaurację, wywiesiła kartkę, że jest tymczasowo nieczynna. Stwierdziła, że jak pojawią się goście to śniadania przygotuje im sama. W końcu to żadna filozofia. Wystarczyło tylko zrobić coś do picia, pokroić wędlinę i sery na półmisek i ewentualnie coś na ciepło. Natomiast wiedziała, że nie poradzi sobie z obiadami. Zrezygnowała z jednego na rzecz drugiego.

Z czasem zabrakło też drewna do kominka. Żeby nie rozczarować potencjalnych klientów zastawiła go pianinem. Po co mieli widzieć, że jest, ale nie ma czym w nim palić? W pokojach żywe kwiaty zastąpiły sztuczne. Na pierwszy rzut oka nie różniły się od siebie niczym. Gorzej jak ktoś chciałby je powąchać. Ale tym się póki co właścicielka nie martwiła.

Agnieszka przetrwała tak rok.  Przez ten czas była jedyną lokatorką hotelu. Śniadania i obiady gotowała tylko dla siebie.  Nie miała już nawet grosza oszczędności. Wypowiedziała umowę wynajmu jej mieszkania. Zamknęła hotel na stałe i wystawiła go na sprzedaż, a sama wróciła na stare śmieci i znalazła pracę jako managerka w innym miejscu. W końcu ma takie doświadczenie… Czyżby to był gwóźdź do trumny innego hotelu? 😉