Kaplica wśród drzew

SAMOTNE PRZECHADZKI

Jak co tydzień w poniedziałkowy wieczór Wiedźma wybrała się do kaplicy w polach. Irmina przyzwyczaiła się już, że ludzie we wsi ją tak nazywają. Nie mogła tylko zrozumieć dlaczego. Co im wszystkim przeszkadzało, że szła tam sama i zapala jeden mały znicz. Wydawało jej się, że nie robi tym nikomu krzywdy.

Kaplica od dawna nie była użytkowana. Raz na jakiś czas w krzakach obok niej lokalna młodzież robiła sobie ognisko obficie zakrapiane alkoholem. Wiedźma jeszcze nigdy na nich nie trafiła i modliła się, aby nigdy to nie nastąpiło. Miejsce było dość odosobnione, z dala od zabudowań. Doskonale wiedziała, że jakby coś się tam stało nikt by jej nie pomógł. Jednak jej prywatna mała tradycja była silniejsza niż zdrowy rozsądek.

LOKALNE PLOTKI

Kobieta idąc do kaplicy rozmyślała o tym, co się w ostatnim czasie zaczęło dziać we wsi. W wielu gospodarstwach bydło chorowało i z czasem umierało. Weterynarze zgodnie twierdzili, że to zatrucie wywołane składnikiem chemicznym z oprysków, które wiatr z pól naniósł na łąki. Jednak mimo to wszyscy mieszkańcy twierdzili swoje. Nawet jak ktoś nie wierzył w plotki z czasem się do nich przekonywał. Według mieszkańców cała ta epidemia była przez Irminę. Przez jej spacery do kaplicy i modły, które tam odprawiała. Nigdy nikt nie widział, co tam robi, ale przecież nie przeszkadzało to w osądzie. Szkoda, że tak łatwo zawsze wszystkim jest z góry ocenić i przyłatać łatkę, która często szkodzi zamiast pomóc.

Irmina nigdy za wiele nie rozmawiała z ludźmi. Unikali jej jakby była trędowata. Nie chodziła do kościoła, bo czuła się tam przez wszystkich obserwowana. Lekarzy też unikała, leczyła się sama zebranymi przez siebie ziołami. Zielarstwem interesowała się od małego. Babcia zabierała ją ze sobą do lasu i na łąki. Uczyła ją, co pomaga na dane schorzenia. Sama chciałaby przekazać komuś tę wiedzę. Nie miała dzieci, mąż wcześnie umarł. A sąsiedzi uznawali ją za szarlatankę. Wiedziała, że swoje umiejętności zabierze ze sobą do grobu.

INTUICJA

Wiedźma pomału dochodziła do kaplicy. Gdy zobaczyła otwarte drzwi i zapalone pochodnie poczuła, że coś jest nie tak. Nigdy nie zauważyła, aby ktoś oprócz niej wchodził do środka. Ostrożnie podeszła do budynku i weszła po schodach. Rozejrzała się wokół. Nikogo nie było. Tak jak zawsze była sama. Pomyślała, że to młodzież chciała ją nastraszyć. Podeszła do kamienia, który kiedyś był ołtarzem i zapaliła czerwony mały znicz. Gdy chciała się odwrócić poczuła nagle jak ktoś ją łapie za ramiona. Nieznajoma osoba zaczęła ciągnąć ją w kierunku otworu w podłodze. Nie miała czego się chwycić. Rozpaczliwie wierzgała nogami i prosiła, aby ją puścił. Nagle poczuła jak czyjeś ręce ją puszczają i  spada w dół.

Dół był na tyle głęboki, że samej nie miała szans się z niego wydostać. Płakała. Krzyczała. Błagała o litość i pomoc. Wszystko na nic. Czekała, aż ktoś się odezwie. Aż się dowie, co zrobiła, kogo skrzywdziła. Zamiast tego usłyszała tylko oddalające się kroki i trzask zamykających się wrót.

Nie sądziła, że śmierć, o której przed chwilą myślała nastąpi tak szybko. A kaplica, w której się modliła w samotności stanie się jej grobem.

Drzwi się już nigdy nie otworzyły. Nikt też tam nie zajrzał. Ludzie we wsi nie rozmawiali na temat Wiedźmy. Każdy wiedział, co się stało, ale unikał tego tematu. Nie wiedzieli tylko, dlaczego nie pomogło to w uzdrowieniu bydła. Nie pomyśleli, że weterynarze mogą mieć rację i zamiast zmienić na jakiś czas łąki do pastwiska wyprowadzali zwierzęta cały czas w te same miejsca.